Pożegnanie Marsjasza PDF Drukuj Email

W potęgę Olimpu niczym niezmąconą
W żywiczną i sosnową, przezroczystą ciszę
Z traw roztańczonych w rytm muzyki wiatru
Żałosna skarga aulosu ulatuje w słońce.
I otulając przestworza szarości zasłoną
Nabrzmiała cierpieniem, wznosi się, kołysze
Zastyga i faluje, gmatwa jedność taktu
Jest posłańcem smutku i rozpaczy gońcem.

Wciska się pod kamienie, mąci bieg strumieni
W pół drogi wstrzymuje drzew rozkołysanie
Każe ptakom zamilknąć i wyblaknąć kwiatom
W powagę obleka swawolność motyli.
Opończę tka żałobną z uwiędłej zieleni
By nią potem nakarmić płomieni śpiewanie
I boskim, wśród pląsu zastygłym, tancerzom
W powolnym upadku ku ziemi się chylić.

To świat niewidzialnych żegna się z Marsjaszem
Śmiech w żałość zamienia, cichą i bez szlochów
Ku niebu się wzbija dym ofiarny stosu
W którym płoną dwie piszczałki z trzciny.
I porywa ich granie w miejsce poza czasem
Gdzie piękno nie zależy od boskich wyroków
A talent jest darem, nie przekleństwem losu
Próżność karana zaś bywa współmiernie do winy.